RYBA


 
  
Bardzo szanuję rybaków dalekomorskich oraz wędkarzy słono- i słodkowodnych, ale gdy mnie ktoś pyta, co ja sam łowię na morzu to wzruszam ramionami. Nie tylko nic nie łowię, ale też nie wierzę, żebym kiedykolwiek coś złowił. Wiedza o przyponach i przynętach, muchach i robakach, żyłkach i wędziskach jest dla mnie wiedzą tajemną.

    Jako żeglarz wychowałem się nad rzeką, gdzie zawsze na główce siedział jakiś facet i moczył kij. Na końcu tego kija była mało widoczna żyłka sięgająca daleko od brzegu. Kiedy nadpływałem gość się denerwował nie wiedząc zapewne, że gdybym płynął  dalej od brzegu, prąd zniósłby mnie daleko do tyłu.

   Potem okazało się ,że nad brzegami jezior też siedzą faceci z wędkami, którzy mają za złe żeglarzom. To wyrobiło we mnie przekonanie, że żeglarstwa nie da się pogodzić z łowieniem ryb, a rybacy nie kwalifikują się na żeglarzy i odwrotnie.

   Tym, którzy upierali się, że w rejsach można cokolwiek złowić   odpowiadałem, że przy takich prędkościach jakie rozwijają sprawnie żeglujące jachty i tak cokolwiek się złapie - urwie się natychmiast. Istotnie, gdy kiedykolwiek czyniłem próby w samotnym rejsie na “Polonezie” – odnajdywałem linkę obgryzioną. Nawet ciągnięta za rufą mosiężna śruba logu Walkera została zjedzona przez niezidentyfikowanego żarłacza.

   Na “Lady B.” również nie zamierzałem próbować, ale spotkany w Villamoura Janusz Oszczypalski wcisnął mi na pożegnanie dwie żyłki z przynętą i przyponem .Janusz okazał się moim dobrym duchem w czasie pobytu w Portugalii – pomógł uporać się z niesfornymi bateriami, zamotaną tablicą rozdzielczą i niesprawną anteną ukf. Jest on bowiem wziętym elektrykiem znanym w całej prowincji Algavre, ale nie pomija okazji by pomóc polskim żeglarzom.

   O wędkach Janusza przypomniałem sobie, gdy po zawietrznej Wysp Kanaryjskich snułem się w słabych podmuchach i nie osiągałem prędkości “sprawnie żeglującego jachtu”. Wyrzucając za rufę śmieszną kitkę nylonowych strzępków z pomarańczową szmatką jeszcze raz wzruszyłem ramionami i przez następnych parę godzin nie zaglądałem za rufę. Miałem sporo roboty z psująca się kuchenką naftową.

-         Byłoby śmieszne, gdyby właśnie teraz coś się złapało, gdy nie mam na czym smażyć – powiedziałem do siebie sprawdzając nienaturalnie napiętą linkę za rufą...

    Czy wiecie jakie to jest uczucie, gdy na końcu martwej linki nagle coś się poruszy i nieoczekiwanie  z wody wypryska potwór i  jest to olbrzymia złoto-zielona ryba?!

Najpierw zawinęła w jedną stron, daleko na nawietrzną, jakby chciała wyprzedzić jacht, a potem zrobiła zwrot na zawietrzną. Próbowałem nie zostawiać luzu na lince i chwyt za chwytem wyciągałem ją na pokład.

   Z mniejszej odległości ryba nie wydawała się mniejsza. Przecież ona mnie zmaltretuje, pomyślałem. Miała z półtora metra długości, tępy łeb przypominający taran i rozdziawioną paszczę z której powiewała pomarańczowa wstążeczka. Oto kara za moje wątpliwości – trzeba coś z tym fantem zrobić!

   Żyłkę obłożyłem na kabestanie, bo cięła dłoń i zacząłem kręcić korbą. Ryba niewidoczna za załomem rufy szarpała się beznadziejnie a ja z przerażeniem czekałem kiedy straszny łeb ukaże się na poziomie pokładu... Na poziomie pokładu ukazała się pomarańczowa wstążeczka wśród zakrwawionych strzępków nylonu. A ryby ani śladu!

  No i dobrze, i tak kuchenka była zepsuta. W moją opowieść i tak nikt nie uwierzy a ja sam będę się wstydził ją opowiadać.

   Następnego dnia wiatry trzymały słabe więc znowu wypuściłem wędę. Tym razem prymus był naprawiony. Jacht szedł swoim kursem prowadzony przez Doktora Pomidora czyli samoster wiatrowy.

   Parę razy sprawdzałem stan napięcia wędy, aż wreszcie doczekałem nienaturalnego naprężenia, ciężkiego wybierania i tego zapierającego dech skoku zielono-żółtej ryby ponad granatową wodą. Znów połów się udał ,ale tym razem prymus był przygotowany na długie smażenie.

   Rozpocząłem długie wybieranie zatrzymując je na chwilę, gdy ryba ciągnęła daleki hals na bok.

  - Teraz cię wyciągnę choćby nie wiem co!

   Przy rufie zatrzymałem wybieranie. Ryba była potworna. Ten sam gatunek, ta sama wielkość. Wiedziałem, że się urwie, jeśli spróbuję windować na żyłce. Próbowałem sobie przypomnieć, co wiem na temat wyciągania ryby z wody, ale nic nie przychodziło do głowy prócz magicznego słowa “koszorek”.

   Chwyciłem za wiadro, ale wydawało się śmiesznie małe i może by głowa ryby się zmieściła, ale  całości nie wyciągnę. Sięgnąłem po linkę i z wysokości pokładu próbowałem zarzucić pętlę na ogon ryby. Parę zwinnych ruchów i pętla pływała obok w wodzie.

   Czas mijał, kucałem na rufie zajęty walką z rybą, a słońce bezlitośnie prażyło mnie w grzbiet. Podskoki mojego potwora nie były już tak gwałtowne, ale i ja traciłem powoli cierpliwość. Żadne próby przechwycenia śliskiego cielska nie skutkowały. Podciągnąłem jeszcze trochę żyłkę, żeby łeb był przy samej rufie i linką zacząłem manewrować od strony głowy.

   Nie wiem ile to trwało, ale wiedziałem, że mam poparzenie sloneczne któregoś stopnia. Mimo to nie chciałem zrezygnować. Za kolejnym podejściem linka zahaczyła o skrzela, na które próbowałem ją zarzucić. Na to czekałem i podciągnąłem pętle tak, że z obu stron podtrzymywała rybę. Nie bez wysiłku i nie bez strachu wyszarpałem moją trzepoczącą zdobycz na pokład i wrzuciłem do kokpitu – nie mieściła się w kokpicie!

   W tym momencie poczułem się zakłopotany – co zrobić z taką górą mięsa, gdy nie mam lodówki. Czy to jest ryba jadalna i jak w ogóle się nazywa. Żółto – zielone kolory zaczęły gasnąć więc rzuciłem się do atlasu ryb morskich żeby czegoś się dowiedzieć.

   Najbliższa wyglądem była koryfena, choć równie dobrze mogło to być coś innego. Nic na temat jadalności czy zatruć. Kiedy wróciłem do ryby była cała szara. Poczułem się winny – w wodzie prezentowała się ślicznie, atrakcyjnie i apetycznie, teraz był to zewłok wielkiej ryby, której ani nie zjem ani nie zasuszę. Poczułem do siebie obrzydzenie za tę zwierzęcą pasję, z jaką chciałem rybę wyciągnąć tylko po to, by stwierdzić, że nie mam co z nią zrobić.

   Podwiesiłem rybę ogonem do góry, jak robią zwycięzcy w zawodach wędkarskich, ale zapomniałem zmierzyć. Zajmowała przestrzeń pomiędzy “wielbłądem” noszącym radar dobrze ponad moją głową i pokładem czyli liczyła co najmniej półtora metra.

   Bez przyjemności wypatroszyłem korpus i krew zalała sąsiadujący samoster i kawał pokładu. Do pocięcia na “dzwonka” musiałem znów położyć na pokładzie i użyć siekierki. Przy tym jednym kawałku tak się zmęczyłem, że zrezygnowałem z dalszego ćwiartowania. Plecy piekły niemiłosiernie od okrutnego słońca.

   Całą sprawą byłem wykończony. Kilogram wyciętego mięsa wziąłem do kambuza odciąłem ogon by go na pamiątkę wysuszyć, a łeb z resztą korpusa wrzuciłem do morza. Czułem niesmak i wiedziałem, że usmażone mięso z trudem przejdzie mi przez gardło. Krew ryby powoli zasychała na samosterze, co później spowodowało lawinę awarii, a plamy na pokładzie znaczyły miejsce kaźni. Miałem wrażenie, że przekleństwo wielkiej ryby będzie teraz ciążyć na mnie do końca rejsu i wszelkie niepomyślne zmiany pogody, awarie i kłopoty będą spowodowane przez to niefortunne polowanie.

   Postanowiłem, że więcej nie będę łowił. Ale zasuszony ogon umocowałem na “wielbłądzie”przy antenie ukf, którą zakładał Janusz. Kto wie, czy od tego momentu nie przynosi mi szczęścia.

 

                                                                      KRZYSZTOF BARANOWSKI