Lenny                             

  Marina Ceru Boca na Curacao Huragany znam wyłącznie z podręczników i chociaż w “Praktyce oceanicznej” sam wymądrzam się na ten temat, nie jest to samo co praktyka wynikająca z obcowania z takimi żywiołami. Równocześnie  boję się, jak każdy żeglarz, by nie znaleźć się w rejonie i w okresie nawiedzanym przez sztormy tropikalne. Dlaczego więc zaplanowałem rejs, w którym na wszystkich oceanach  zahaczam o niewłaściwe terminy? Bo nie stać mnie na, wymagane dla spokojnej żeglugi, dwa lata.

   W Portugalii przestrzegano mnie, że trochę za wcześnie wyruszam przez Atlantyk. Wszyscy jednak wiedzą, że huragany mogą się zdarzyć i poza sezonem. Kiedy więc na Lanzarotte (Wyspy Kanaryjskie) popatrzyłem na mapę synoptyczną, gdzie na środkowym Atlantyki widniały dwie depresje, pomyślałem, że pójdę w ślad za nimi, bo limit zaburzeń atmosferycznych będzie wyczerpany.

   Pomysł okazał się trafny. Z jednej depresji zrodził się huragan “Jose”, z drugiej “Katrin” i nieszczęście padło na Nikaraguę i Zatokę Meksykańską, a ja miałem spokojny trzytygodniowy przelot w równym pasacie. Inna sprawa, że układy chmur i kolory nieba przyprawiały mnie o palpitacje, co będzie bardziej zrozumiałe, jeśli powiem, że nie mam ani faxu pogodowego ani porządnego radia i moja wiedza o pogodzie pochodzi z obserwacji nieba i barometru.

   Podchodząc do Małych Antyli dostałem się w strefę “fali tropikalnej”, która jest etapem wstępnym do “depresji”, ale oznaczało to tyle, że zmokłem po raz pierwszy od dwudziestu dni i musiałem się refować po zęby. Na Martynice, w uroczej zatoce Marin, ponownie spojrzałem na mapę synoptyczną.

  Listopad na ogół jest uważany za koniec sezonu huraganów, więc mogłem uważać, że mi się udało. Wyprzedzałem harmonogram rejsu, byłem po drugiej stronie Atlantyku i przed sobą miałem tydzień żeglugi Morzem Karaibskim do Panamy. Morze bywa tu burzliwe, ale głównie z powodu pasatu osiągającego siłę sztormu. O piractwie w tym rejonie opowiem przy innej okazji (jeśli mnie nie capną!).

   Głównie z ciekawości wybrałem holenderskie ABC, aby zrobić sobie nadprogramowy przystanek. ABC to Aruba, Bonaire i Curacao – trzy wyspy w pobliżu Wenezueli. Tu nie sięgają huragany, życie jest rajskie i pogoda w listopadzie murowana...

   Huragan “Lenny” zaskoczył wszystkich, nie tylko mnie. Nie dość, że zrodził się o niewłaściwej porze (w listopadzie statystycznie pojawia się ułamek huraganu) i w niewłaściwym miejscu, bo u wybrzeży Hondurasu, to również ruszył nie w tę stronę, co zwykle. Po raz drugi w tym stuleciu kroczył w kierunku wschodnim i wolno, jak to zwykle huragany w pierwszej fazie, maszerował dalej w tym nietypowym kierunku.

   Zaczęło się od depresji, jak zwykle. Woda w morzu była cieplejsza niż powinna, osiągając 30 stopni Celsjusza, a ciśnienie było niższe niż powinno (nie wiem jakie być powinno, a mój barometr nie jest właściwie skorygowany). Tak czy inaczej zawirowanie tropikalne ruszyło w drogę, a wiatry w cyklonie osiągnęły 100 węzłów co znacznie wykracza poza tradycyjną skalę Beauforta.

   Nikt huraganu nie potraktował poważnie, choć coraz więcej żeglarzy (łącznie ze mną) pozostawało na cumach i kotwicowiskach Curacao. Szedł sobie wir tropikalny Morzem Karaibskim w ciasnym suple cyklonu, 8 mil na godzinę, ale choć nikomu nie czynił krzywdy poza promieniem 70 mil, to jednak na całym 1000 milowym obszarze zawrócił wiatry.

   Skończył się pasat zaczęły się wiatry zachodnie. Wrócił sezon deszczowy, który miał się już skończyć, ale niebo nad Curacao nie wróżyło nic złego. Były normalne chmury, a wiatr nie przekraczał “piątki”.

   Z mojej znajomości sztormów na półkuli północnej wynika, że początkowe południowo- zachodnie wiatry zmieniają się na północno-zachodnie po przejściu centrum niżu na północ od obserwatora. Czy ze sztormem tropikalnym jest tak samo? Musiałem się zdecydować na wyjście w drogę do Panamy, zanim huragan się przetoczy, gdyż późniejsze wiatry północno- zachodnie zablokują drogę z Curacao przez Arubę wokół cypla na granicy Wenezueli i Kolumbii. Do Panamy musiałem zdążyć na spotkanie z przyjaciółmi i sponsorami.

   W miarę jak “Lenny” przybliżał się napięcie rosło. Przewidywano, że jego tor wygnie się na północ (a więc odsunie się od ABC) i zagrozi  Puerto Rico czy Haiti. Ale huragan szedł ciągle na wschód, niestrudzenie choć nietypowo.

   Prowiant kupiłem, wodę i paliwo zatankowałem, baterie naładowałem do pełna. Byłem gotowy do drogi, a huragan był odległy o 180 mil. W tej odległości (znowu to wiem z podręcznika) wiatry nie powinny przekraczać ”ósemki”. Ciągle wiał silny południowo-zachodni i nie było na co czekać. ”Sly Mongoose”, wymuskany jacht z sąsiedztwa już dwa dni wcześniej wyprysnął w drogę na Wyspy Dziewicze i ja byłem gotów do drogi.

 Cees de Jong  Przyszedłem do kapitana portu, Ceesa de Jonga, żeby się pożegnać i wtedy właśnie zadzwonił telefon. Czy jeszcze jestem, bo grupa wybierająca się do Panamy nie może tam dolecieć z powodu trudności wizowych i wolałaby na Curacao... Nie jestem w nastroju do bohaterskich żeglarskich przeżyć, więc możecie sobie wyobrazić jak mi ulżyło.

   “Lenny” szedł dalej i w ciągu następnego dnia wiatr przeskoczył na zachodni. Fala pochodząca z  huraganu uderzyła najpierw na Arubę. Cees otrzymał ostrzeżenie w ostatniej chwili, ale jeszcze nikt nie wierzył, że może to być naprawdę sześć metrów wysokości.

   Ze wszystkich plaż Aruby, Curacao i Bonair został zmyty piasek i wszystko co na nim stało – łodzie rybaków, sklepiki handlarzy, serwisy płetwonurków. Restauracja na Bonaire rozleciała się w kawałki, bo stała przy plaży.

   “Lenny” tymczasem ominął Haiti i Puerto Rico i zatrzymał się nad St.Maarten. W zaciszu swojej nawigacyjnej słuchałem wiadomości – 15 % wszystkich dachów pofrunęło z wiatrem, część wyspy znalazła się pod wodą, ludzie kryli się po schronach pozbawieni wody i elektryczności.

    Odnalazł się “Sly Mongoose” – z podartymi żaglami, z resztką paliwa, zaledwie 200 mil na północ od Curacao. Zrezygnowali z rejsu na Wyspy Dziewicze, teraz chcieli tylko spokojnej przystani.

   Huragan zakończył swój żywot tak nietypowo jak i się zachowywał. Zamiast ruszyć na północny wschód i rozwinąć się w zwyczajny sztorm atlantycki, ”Lenny” po prostu zgasł w pobliżu St.Maarten. Ludzie wybiegali na ulice krzycząc: Już po wszystkim!!, ale mądrzy meteorolodzy mówili – nie cieszcie się za wcześnie.

   To był jednak faktycznie koniec huraganu, natomiast zamieszanie w pogodzie trwało jeszcze następne dwa tygodnie zanim nad Karaiby powrócił normalny pasat. Wiatry wiały zachodnie, północne albo wcale. Co jakiś czas z nieba lały się potoki wody i zamiast opalania trzeba było wyciągać sztormiaki.

   Moje niedoszłe spotkanie z huraganem wspominam mile, bo co najgorsze przeczekałem w porcie. Gdy zaś pytają mnie o wyjaśnienie tych fenomenów pogody, odpowiadam, że to wszystko z powodu przełomu wieku. Bo co mogę mądrzejszego wymyśleć?!

 

                                                        KRZYSZTOF  BARANOWSKI

do góry